5. and again and again piórem naskrobała pani pandora o godzinie 17.11


<- powrót do rozdziału czwartego

- I jak ci poszło? – zapytał Ron, zaglądając przyjacielowi przez ramię. Dostrzegł rozwartą szczękę Harry’ego i zaczął szybko przebiegać wzrokiem po jego ocenach.
- Dwa wybitne i… Kto by pomyślał! – wykrzyknął z niedowierzaniem, tym samym przyciągając uwagę Hermiony, która właśnie studiowała przyniesioną przez sowę listę sumów.
- Co się stało?
- Harry dostał wybitny z Obrony Przed Czarną Magią – zaczął Ron.
- To akurat żadne zaskoczenie – odparła z niesmakiem, przypominając sobie swoje jedyne P.
- I z eliksirów – dodał rudzielec.
Hermiona wytrzeszczyła oczy i spojrzała na czarnowłosego przyjaciela, który cały czas nie mógł wyjść z otępienia.
- Moje gratulacje, Harry! – wykrzyknęła w końcu.
Pani Weasley natychmiast rzuciła się na nich wszystkich, aby pogratulować tylu zaliczonych sumów.
- Nareszcie! To teraz jesteśmy owutemiakami, co? – zawołał radośnie Ron. – U mnie nie jest tak źle. – dodał. – Mogło być gorzej.
- Ale… To znaczy, że cały czas mam jeszcze szansę, żeby... – dukał Harry.
- Zostać aurorem, tak – dokończyła za niego Hermiona z szerokim uśmiechem na twarzy. Cieszyła się szczęściem przyjaciela i jednocześnie czuła się rozbawiona jego skupioną miną, jakby potrzebował jeszcze trochę czasu, aby przyjąć do wiadomości ten fakt.
Harry, mimo otępienia, czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd. Nigdy w życiu nie spodziewałby się takiej oceny ze znienawidzonego przedmiotu. Gdyby nie był on wymagany do jego życiowego celu, nawet przez myśl by mu nie przeszło, aby go kontynuować.
- Dobrze, w takim razie zjemy śniadanie, a jutro wybierzemy się na Pokątną – zaproponowała pani Weasley. – Artur załatwił nam samochody z Ministerstwa – dodała ze smutkiem w oczach. – W ramach bezpieczeństwa.
- Mamo, nie martw się – pocieszył ją Ron, ale nie należał do osób zbyt empatycznych, więc natychmiast zmienił temat. – A na marginesie… Czy będziemy mogli odwiedzić sklep Freda i Georga?
- Oczywiście. Chociaż uważam, że w takich czasach powinni wziąć przykład z innych sprzedawców i natychmiast go zamknąć – oznajmiła surowo pani Weasley.
- Mamo! – skarcił ją Ron. – Co złego jest w zarabianiu dużych pieniędzy? Przynajmniej im się udało – dodał cicho.
- Myślę, że zbyt rzucają się w oczy prowadząc taką działalność.
- To samo mogłabyś powiedzieć o sklepie Madame Malkin i Ollivandera.
- Właśnie, a pan Fortescue zaginął, bo wybrał się na urlop, prawda?
- A dlaczego nie? Na co komu potrzebny w tych czasach lodziarz? – zapytał poirytowany Ron. – Och, naprawdę, zachowujesz się tak, jakby Sam-Wiesz-Kto miał na nas wyskoczyć zza półki w księgarni.
- Wszystko jest możliwe – mruknęła pod nosem pani Weasley.
- Histeryzujesz, mamo – oznajmiła Ginny, która właśnie wkroczyła do kuchni i usłyszała ostatnie wypowiedzi.
- Wcale tak nie uważam! – krzyknęła nerwowo pani Weasley wskazując na magiczny zegar, gdzie wszystkie dziewięć wskazówek ustawiło się na haśle śmiertelne niebezpieczeństwo. – Jestem po prostu zapobiegawcza!
- I przy okazji histeryzujesz.
- Nie będziemy o tym dyskutować, młoda damo, i jeżeli zaraz się nie posłuchasz, zostaniesz w domu. Kupię ci wszystko sama, tak będzie dla ciebie bezpieczniej.
- Nie! – krzyknęła ze zgrozą Ginny.
- No właśnie – odparła pani Weasley i zabrała się nerwowo za przygotowywanie późnego śniadania, wciąż poruszona.
- Jak tam wasze sumy? – zapytała najmłodsza z rodzeństwa Weasley’ów.


Na stację King’s Cross również dotarli dzięki samochodom z Ministerstwa. Dodatkowo przydzielono im również ochronę ze względu na Harry’ego, który przez tę nieustanną obserwację czuł się coraz bardziej niezręcznie. Nie był już dzieckiem i w razie potrzeby potrafiłby sam o siebie zadbać. To prawda, blizna ostatnio dokuczała mu dużo częściej, ale można się było do tego przyzwyczaić.
Najgorsze były te wszystkie artykuły w gazetach na jego temat. Czuł się osaczony, kiedy każde spojrzenie było skierowane na niego. Niektórzy w ogóle nawet nie uciekali się do tak ciężkiego wysiłku, jakim było wykrzesanie z siebie choć odrobiny dyskrecji.
Żegnając się wylewnie z państwem Weasley, poczuł ukłucie żalu w sercu i naszły go niezbyt szczęśliwe myśli. Starał się odgonić je od siebie, jednak nie mógł uciekać od nich w nieskończoność, więc kiedy tylko udało mu się przepchnąć między hordami zapatrzonych w niego uczniów i nastolatek z maślanymi spojrzeniami i znaleźć przedział, w którym samotnie siedział Neville, dopadły go ze zdwojoną siłą.
Kiedy tylko przywitał się z przyjacielem i towarzyszem niedoli w Ministerstwie – kolejny skurcz w sercu – zaczął wspominać smętne widoki Pokątnej. Wszystko wydawało się być szare i matowe, bez życia. Zero uśmiechów czy wesołych rozmów, które zazwyczaj kojarzone były przez niego z tym miejscem. Ulica Pokątna mogłaby konkurować w tamtym momencie z ulicą Śmiertelnego Nokturnu.
Wszędzie walały się ulotki zapobiegawcze, liczne sklepy pozamykano i zabito deskami. Na szczęście bez problemów nabyli potrzebne przybory, książki i – w przypadku Harry’ego i Hermiony – ingrediencje na eliksiry.
Został im jeszcze sklep Madame Malkin, ponieważ powyrastali ze swoich zeszłorocznych szat przez wakacje. Starając się rozładować napiętą atmosferę, podczas przymiarek rozmawiali bez przekonania o quidditchu i następującym roku szkolnym.
Kiedy Hermiona była akurat w trakcie argumentowania plusów chodzenia na eliksiry, usłyszeli dzwonek obwieszczający przybycie nowych klientów. Po kilku sekundach Harry ujrzał znajomą i zarazem tak znienawidzoną srebrno blond czuprynę swego największego wroga, którego ojciec został wsadzony do Azkabanu z jego inicjatywy. Ani trochę nie żałował tego, co zrobił.
Wraz z Draconem Malfoy’em przybyła jego matka, Narcyza Malfoy, będąca szczupłą i bladą, prawie anemiczną, a jednocześnie posiadającą w sobie jakąś niezrozumiałą, wrodzoną grację kobietą. Ale nawet mimo jasnych blond włosów, podobieństwo do jej siostry było uderzające. Malująca się w jej oczach wzgarda i wyższość w stosunku do wszystkich i wszystkiego tylko w tym przekonaniu Harry’ego utwierdziła. Brakowało jeszcze tylko tego specyficznego, budzącego obrzydzenie błysku szaleństwa.
Może przez większość mężczyzn zostałaby uznana za atrakcyjną, jednak Harry nawet w najmniejszym stopniu nie mógł dopatrzeć się w niej choćby odrobiny przystępności czy życzliwości.
No tak, mając takich rodziców Malfoy nie mógł być inny, niż był.
Kiedy tylko blondyn ich dostrzegł, na jego twarzy odmalowało się jakieś nieznane Harry’emu uczucie, po sekundzie jednak zastąpione tradycyjną mieszaniną nienawiści, pogardy i złośliwości. Jego stalowoszare - można by nawet powiedzieć, że srebrne - oczy zwęziły się.
- Kogo my tu mamy? – uśmiechnął się drwiąco i z charakterystyczną dla siebie wyższością. – Szlama, Wiewiór i Bliznowaty.
Harry sam nawet nie zauważył, kiedy zdążył wyciągnąć różdżkę, a już celował nią w Malfoy’a nad wieszakami pełnymi różnokolorowych szat.
- Panowie, proszę! – wołała Madame Malkin, jednak na próżno. – Proszę o spokój!
- Natychmiast opuść tę różdżkę, Potter – wycedziła pani Malfoy. - Widzę, że jesteś mocny w czynach, ale chyba masz zbyt wielkie poczucie bezpieczeństwa.
- Nie sądzę, żeby nagle zza wieszaka wyskoczył Dumbledore, żeby w razie czego ratować mi życie – wywarczał Harry, czując narastający gniew. – Poza tym, z całym szacunkiem, ale kto tutaj nie potrafi się obronić? Przypominam, że to pani kochany mąż trafił do Azkabanu.
Narcyza Malfoy sapnęła ze złości. Ron i Hermiona spojrzeli na Harry’ego z zaskoczeniem. Ich przyjaciel jeszcze nigdy tak się nie wyrażał.
- Nie masz prawa odzywać się w ten sposób do mojej matki, Potter! – wściekł się Malfoy, również wyciągając różdżkę i celując nią w Harry’ego, który kątem oka zauważył, że jego przyjaciele także dobywają swoich. Od razu poczuł się lepiej.
- Nie, wypraszam sobie takie zachowania w moim sklepie! Proszę natychmiast go opuścić! – denerwowała się Madame Malkin. Podeszła szybkim krokiem do Malfoy’a i chwyciła go za lewe przedramię, w celu skierowania go do wyjścia.
Dracon zawył i wyrwał rękę z jej uścisku. Przez chwilę Harry miał wrażenie, że chłopak ciśnie czymś w sprzedawczynię, Narcyza jednak położyła mu na ramieniu swoją bladą, arystokratyczną dłoń o smukłych palcach i idealnie zadbanych paznokciach. Wyglądało to nieco karykaturalnie zważywszy, że Malfoy był od niej prawie o głowę wyższy.
- Spokojnie, Draco – zwróciła się do syna. - A co do ciebie, Potter, zważaj na słowa. Nigdy nie wiesz, kiedy mogą obrócić się przeciwko tobie – powiedziała lodowatym tonem.
- Inaczej co? Wezwie pani zaprzyjaźnionych śmierciożerców? – zaszydził bezlitośnie Harry.
Madame Malkin złapała się za serce i głośno wciągnęła powietrze do płuc.
- Proszę nie rzucać tak pochopnych oskarżeń! – zaoponowała, wciąż poruszona gwałtowną reakcją Malfoy’a.
- Chodźmy stąd, Draco – Narcyza zdołała się opanować. – Teraz przynajmniej wiemy, dokąd już nigdy nie wrócimy. Jak widać, przychodzą tu same szumowiny – oznajmiła pełnym wyższości tonem i poprowadziła syna do drzwi.
Madame Malkin jeszcze chwilę stała w osłupieniu, po czym – cała rozgorączkowana – wróciła do przymiarek.


Kiedy po jakimś czasie, już z nowymi szatami opuścili salon Madame Malkin, skierowali się w stronę księgarni, gdzie zamierzali zakupić wszystkie niezbędne podręczniki. Zgodnie z planem, mieli tam spotkać resztę rodziny Weasley’ów.
Przechodząc ulicą, czuli dziwną pustkę. Wszyscy, którzy ich mijali, nawet nie obrzucali ich spojrzeniami; Pokątna była niesamowicie cicha, brakowało wesołych rozmów i codziennego gwaru. Każdy gdzieś się spieszył, starał się jak najkrócej spędzać czas na otwartej przestrzeni.
Harry’ego ogarniały coraz większe wyrzuty sumienia. Czuł, że musi coś zrobić. Nie mógł pozwolić, aby to się ciągnęło. To wszystko przez niego, nigdy nie powinno do czegoś takiego dojść. Do tej pory Voldemort wciąż mu się wymykał. Ostatniego spotkania z nim prawie nie przypłacił życiem. Musiał coś wymyślić, inaczej doszczętnie pożarłoby go własne sumienie. Podzielił się swymi wątpliwościami z przyjaciółmi.
- Harry, daj spokój. Niedawno skończyłeś szesnaście lat i naprawdę uważasz, że wszyscy nagle będą oczekiwać, że zamienisz się w drugiego Dumbledore’a? – odparła na to Hermiona. Ron potwierdził. Zwykle tak to właśnie wyglądało.
- Tak, tak myślę.
- To musisz być naprawdę rąbnięty. Ta blizna chyba szkodzi ci na mózg – oznajmił jego przyjaciel zrzędliwym głosem. – Jak mógłbyś choć przez chwilę pomyśleć, że to twoja wina?
- No…
- To ty prosiłeś, żeby… Voldemort wpakował ci się do domu z butami, zamordował twoich rodziców i uczynił z ciebie bohaterskiego Złotego Chłopca? – Ron coraz bardziej wychodził z równowagi, a jego głos nabrał ostrej nuty. Hermiona i Harry wiedzieli, że był aż nazbyt wybuchowy w pewnych kwestiach. Przez chwilę czarnowłosy czuł do niego irracjonalną złość, chciał tylko, żeby przyjaciele wyrazili swoje zrozumienie. Ale po chwili ze zdziwieniem doszedł do wniosku, że Ron… Ma rację.
- Nie, ale…
- Właśnie! – Ron znów nie dał mu dojść do głosu. – Przestań użalać się nad tym, na co nie masz większego wpływu. Dobra, jest przepowiednia i co? Poza tym, żeby pokonać kogoś takiego jak Sam-Wiesz-Kto, musisz znać naprawdę dużo zaklęć, wiesz? Chyba nie myślisz, że staniesz z nim twarzą w twarz i po prostu dostanie zawału serca? Jeżeli chcesz naprawdę coś zmienić, radzę ci się uczyć.
- Na Merlina, Ron, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że kiedykolwiek usłyszę te słowa z twoich ust – zachwyciła się Hermiona, patrząc na czerwonego na twarzy Rona.
- Nie myśl tylko, że mnie też to dotyczy – odparował.
- Ronaldzie Weasley, jako najlepszy przyjaciel Harry’ego Pottera również nie jesteś najbezpieczniejszym człowiekiem na ziemi.
- Właśnie. Cały czas nie rozumiem, po co to robicie – wtrącił się Harry.
- Co takiego?
- Przyjaźnicie się ze mną – oznajmił. Jego przyjaciele osłupieli i przez chwilę oboje patrzyli na niego tak, jakby właśnie pocałował Malfoy’a. A później wybuchła burza. Oboje zaczęli krzyczeć na niego tak głośno, że kilka pobliskich grup ludzi spojrzało na nich z przerażeniem.
- Harry Potterze, jak śmiesz sugerować coś takiego?!
- Chyba totalnie na mózg ci padło!
- Uważasz, że przez ciebie…!
- Jesteś najgłupszym bohaterem na świecie!
- Nawet nie mów takich rzeczy!
- Jesteś zwyczajnym idiotą! Nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś był męczennikiem!
- Każdy potrzebuje kogoś, z kim mógłby…!
- To nasz wybór!
Harry przez całą drogę do księgarni musiał wysłuchiwać ich wyrzutów. Żałował, że to powiedział. Rzeczywiście przesadzał. Tak długo wmawiano mu, że jest biednym małym i bohaterskim Harrym, że chyba sam powoli zaczynał w to wierzyć.


Reszta zakupów minęła w miarę spokojnie, choć jego przyjaciele cały czas chodzili napięci jak postronki. Bał się cokolwiek do nich powiedzieć w obawie przed kolejną eksplozją. Czuł jednak, że znacznie mu ulżyło. Kochał ich oboje. Za to, jacy byli. To prawda, czasem potrafili nieźle zajść mu za skórę, ale w końcu zawsze wszystko wracało do normy. Po jakimś czasie. Czy nie na tym właśnie polegała przyjaźń?
Harry przypomniał sobie Dracona Malfoy’a i jego nieodłączną świtę.
Dla tego podupadłego, arystokratycznego dupka przyjaźń w ogóle nie istniała.


W końcu zrezygnował z przykrych rozmyślań. Monotonia turkotu kół działała na niego uspokajająco i pozostałby w tym przyjemnym stanie nic niemyślenia, gdyby w korytarzu nie mignęła mu jasna czupryna, natychmiast wzbudzając silne uczucie wtrętu. Ledwie opanował się, aby nie wyjść na korytarz i nie zatłuc Malfoy’a na miejscu. Zupełnie nie wiedział, co się z nim działo. Jego wróg przecież nie dał mu żadnego powodu do takiego zachowania.
Chociaż…
Wystarczał sam fakt, że żył. Że istniał, egzystował na tym świecie jak gdyby nigdy nic, samą swoją egzystencją obrażając wszystkich ludzi na świecie. Że miał takiego ojca.
Harry zazgrzytał zębami.
W ten sposób jego myśli skierowały się w stronę tego okropnego, oślizgłego typa i choć starał się niebotycznie, nie udało mu się przestać. A im dłużej nad tym wszystkim rozmyślał, tym bardziej wzbierała w nim wściekłość.
Za oknem przewijały się zielone krajobrazy, mijali jeziora, lasy i góry. Istna sielanka, a on siedział uwięziony w swej własnej głowie i małym piekle, które sobie w niej urządził, rozmyślając nad podziemnymi szczurami, jakimi niewątpliwie byli Ślizgoni. Po jakimś czasie dołączyła do nich Luna, rozpraszając ponure myśli Harry’ego choć na parę sekund.
- Cześć – powitała ich. Harry również mruknął coś bez wyraźnej chęci. Odpowiedź Neville’a była dużo bardziej entuzjastyczna. Czarnowłosy nie miał ochoty na rozmowę; na szczęście Luna się nie narzucała. – Nie chciałam wysłuchiwać ciągłych pytań o ciebie, Harry – oznajmiła jedynie, wprawiając chłopaka w osłupienie. Dawno już nie słyszał tak normalnego zdania z ust przyjaciółki.
- Ach… - odparł jedynie. Przez jakiś czas patrzył jeszcze, jak Luna zagłębia się w lekturze Żonglera, aż w końcu jego myśli znów skierowały się na ślizgoński tor. Coś bardzo nie dawało mu spokoju, ale nie miał pojęcia co. Wprowadzało go to po prostu w stan coraz większej irytacji.
Po kilku minutach intensywnego, prawie, że bolesnego rozmyślania, olśniło go.
Wtedy, w sklepie Malkin, kiedy kobieta złapała go za rękę. Która to była?
Harry wytężył pamięć.
Lewa.
Lewa.
- Możliwe? – wyszeptał, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
- Mówiłeś coś, Harry? – zapytał Neville, do tej pory zajmujący się czytaniem jakiejś książki o zielarstwie.
- Nie – odparł krótko chłopak i zaczął gorączkowo rozmyślać. Neville spojrzał na niego krzywo, ale nie napierał. Malfoy był za młody. Zdecydowanie za młody. Z drugiej strony… Jego ojciec.
Cholera, czuł, że był już blisko rozwiązania tego wszystkiego, kiedy nagle wszystkie elementy układanki rozsypały się wraz z głośnym pojawieniem jego przyjaciół. Poczuł niewytłumaczalną złość za tak przeklęte wyczucie czasu.
- Dzisiejsze spotkanie prefektów było nadzwyczaj poważne – oznajmiła Hermiona na powitanie. – Cześć, Neville, jak się masz, Luna?
- Wszystko dobrze – odparła dziewczyna, Neville powitał ją uśmiechem.
- Omawialiśmy wszelkie zabezpieczenia, jakie zostały powzięte podczas wakacji oraz poznaliśmy środki zapobiegawcze mające na celu zapewnienie ochrony młodszym uczniom – dodał Ron belferskim tonem, przy okazji kiwając głową raz w stronę Luny, a raz Neville’a.
- I co zostało ustalone? – zapytał Harry z rezygnacją. Czuł, że nagle umknęło mu coś naprawdę ważnego, od czego mogłyby zależeć ich przyszłe losy i wiedział, że teraz już na pewno nie uda mu się do tego wrócić, równie dobrze mógł więc okazać przyjaciołom trochę zainteresowania.
- Uczniowie z piątych, szóstych i siódmych klas będą w miarę możliwości dbać o młodszych. Nikomu nie wolno chodzić samemu, na wszelki wypadek. Nigdy nic nie wiadomo. Prefekci każdego wieczora muszą liczyć wszystkich domowników, aby wiedzieć, czy nikt nie zaginął. Poza tym, na fortyfikacje zamkowe zostały nałożone dodatkowe zaklęcia ochronne, cały czas jednak musimy się mieć na baczności – wyjaśniła Hermiona.
- Poza tym, ograniczyć nocne przechadzki – dodał Ron. – Tak swoją drogą… Wiecie, kto w tym roku będzie nas uczył obrony przed czarną magią? – zapytał, nagle podekscytowany.
Harry pokręcił głową, a i Luna spojrzała na rudzielca z zaciekawieniem.
- Lupin, Harry, Lupin, rozumiesz? – zaśmiał się Ron. – To on prowadził dzisiejsze zebranie prefektów. Szkoda, że nie widziałeś miny Malfoy’a – rozmarzył się.
- Więc to dlatego tak wcześnie wyszedł – stwierdził czarnowłosy, ale nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Lubił Lupina jako nauczyciela.
- Podobno stwierdzono, że był on dotychczas najlepszym wykładowcą obrony – powiedziała Hermiona, uśmiechając się promiennie i siadając po prawej stronie Harry’ego. Ron usiadł tuż obok niej. – Nawet mimo jego niedogodnej… Przypadłości.
- Bo to prawda – oznajmił Harry.
- Lubiłem profesora Lupina – wtrącił Neville i uśmiechnął lekko.
- Przynajmniej będziemy mieli adekwatne do pracy wyniki. Dobrze, że pozwolili mu wrócić na tę posadę. W tych czasach każda rzecz może okazać się przydatna – podzieliła się swoją opinią Hermiona, jednocześnie przyglądając Harry’emu. W końcu położyła mu rękę na ramieniu. – Nic ci nie jest? Nie wyglądasz najlepiej.
- Później wam opowiem – odparł zmęczonym głosem. Cieszył się, że w tym roku to Lupin będzie nauczał, ale nie mógł pozbyć się uciążliwego przeczucia, że właśnie coś stracił, przegapił coś naprawdę ważnego. Był na siebie zły.
Z braku lepszego zajęcia, zdjął z półki bagażowej kufer i wygrzebał z niego szkolny mundurek i szaty, przemycając w ich otoczeniu pelerynę-niewidkę.
- Zaraz wracam – oznajmił. Hermiona i Ron wymienili zdziwione spojrzenia. Harry nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Zawsze przebierał się razem z nimi w przedziale. Nie poświęcili jednak tej sprawie zbyt wiele uwagi i zajęli się rozmową.


Tymczasem Harry szybko kroczył jasno oświetlonym korytarzem i zaglądał w miarę dyskretnie do każdego mijanego przedziału, jednak do tej pory nie wypatrzył żadnej znajomej i znienawidzonej twarzy.
Dotarł do łazienki i westchnął. Korzystając z okazji, przebrał się w szkolny strój, a stare ubrania schował za pazuchę, aby nie przeszkadzały. Narzucił na siebie pelerynę-niewidkę i opuścił pomieszczenie. Dalej kroczył już korytarzem i otwarcie patrzył przez oszklone drzwi, bez obawy, że ktoś mógłby go dostrzec.
Raz minął go jakiś trzecioklasista. Ledwie udało mu się uniknąć zderzenia w ciasnym korytarzu, ale szczęśliwie tamten się nie zorientował.
Nareszcie, prawie na końcu wagonu, znalazł przedział, w którym razem siedziało tyle znienawidzonych przez niego osób, że nienawiści, którą ich darzył, wystarczyłoby na obdarowanie całego Hogwartu. Patrzył na nich przez chwilę.
Rozpoznał oczywiście Malfoy’a, Crabbe’a, Goyle’a, Pansy i chyba również Zabiniego, mimo, iż nie miał z nim specjalnie dużo do czynienia. Prawie całkiem obca wydała mu się jednak dziewczyna siedząca naprzeciwko Malfoy’a przy oknie. Miał wrażenie, że widział ją dopiero pierwszy raz. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek widział ją w świcie bezczelnego Ślizgona.
Chociaż… Może i widział, ale zazwyczaj był tak skupiony na wściekaniu się na tego dupka, że zapominał o praktycznie całym świecie. Rozpoznawał tylko tych, którzy choć raz trochę poważniej stanęli mu na drodze.
Pansy praktycznie cały czas kręciła się w okolicach Malfoy’a, jak jego własna orbita, na wszelkie możliwe sposoby okazując mu swoje zainteresowanie. Chłopak nie miał chyba nic przeciwko, bo nie reagował w żaden szczególny sposób.
Crabbe i Goyle zawsze byli obecni za plecami Malfoy’a. Jego straż przyboczna. Mało inteligentni, nigdy nie potrafili sklecić zdania dłuższego niż na cztery słowa. Harry zastanawiał się, jakim sposobem za każdym razem udawało im się zdać do następnej klasy.
Oraz Zabini; zdarzyło mu się spotkać go raz czy dwa, jednak ani razu nie wspominał zbyt miło. Może i był elokwentny, ale ten cwany sposób w jaki to okazywał nie wywoływał ciepłych uczuć.
Przyglądał się im wszystkim w milczeniu. Zauważył, że ich usta poruszają się co jakiś czas. Ile by teraz dał, aby dowiedzieć się, o czym rozmawiają; ale nie mógłby przecież tak sobie otworzyć drzwi i wparadować do środka.
Żałował, że nie zabrał Uszu Dalekiego Zasięgu.
Obserwował, jak wargi Draco układają się w nieme słowa. Widział, jak rozłożył się na całej szerokości siedzeń, spychając Goyle’a w kąt, i ułożył głowę na podołku wniebowziętej Pansy, która z lubością zaczęła przeczesywać mu włosy.
Nawet teraz Harry dostrzegał w nim tę nieodłączną protekcjonalność, nonszalancję i wyższość, a co jakiś czas na jego ustach gościł ten ironiczny uśmieszek, który, gdyby tylko mógł, Harry starłby natychmiast z twarzy.
Przez chwilę napawał się wizją rozkwaszenia Malfoy’owi tego idealnego nosa na podłodze. Zaraz jednak, przerażony tym, o czym właśnie pomyślał, otrząsnął się i przysunął jeszcze bliżej do szyby, ale nadal nic nie słyszał. Równomierny turkot i stukot luźnych części gładko wszystko zagłuszał.
Pociąg podskoczył, a Harry boleśnie uderzył głową w szybę. Wszyscy Ślizgoni, jak jeden mąż, spojrzeli w tamtą stronę, ostro szarpiąc przy tym głowami, niczym gotowe do ataku węże. Potter, przerażony, poczuł chęć, aby rzucić się na podłogę, dopiero po chwili przypominając sobie, że ma na sobie pelerynę-niewidkę. Odetchnął z ulgą.
Nie trwała ona jednak długo, bo Zabini podniósł się z siedzenia i podszedł do drzwi, otwierając je. Harry odskoczył. Na szczęście, dźwięk jego kroków został zagłuszony przez ciągły turkot kół.
Ślizgon przez jakiś czas stał w progu i spoglądał w miejsce, w którym stał Harry, któremu serce podskoczyło do gardła. Widział go?
Wtedy jednak chłopak rozejrzał się na boki i nie dostrzegając nikogo, cofnął wgłąb przedziału. Harry poczuł przemożną chęć przeszkodzenia mu w tym i dostania do przedziału, jednak nie widział żadnego bezpiecznego sposobu. Urósł przez ostatnie wakacje i gdyby tylko próbował wyczyniać jakieś inne wariacje niż spokojny marsz, bez wątpienia zostałby dostrzeżony.
Westchnął, kiedy drzwi z powrotem się zasunęły, a Zabini zajął poprzednie miejsce. Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy i bez ruchu, aż w końcu Harry dostrzegł, jak usta Malfoy’a poruszają się w niemym rozkazie. Udało mu się rozpoznać jedynie słowo ,,czas’’ i za nic nie mógł wyłapać jego kontekstu. Wtedy jednak z miejsca podniósł się Crabbe i mocnym szarpnięciem przesunął bordową kotarę tak, aby zasłaniała szklane drzwi do wyjścia na korytarz.
Przez chwilę Harry myślał, że to już koniec i nic nie dostrzeże, jednak w zasłonach utworzyła się wąska szczelina, przez którą – pod odpowiednim kątem – mógł obserwować wnętrze przedziału. Jedynymi niewidocznymi postaciami pozostawali Zabini i Crabbe, siedzącymi tuż przy drzwiach.
Czarnowłosy patrzył jeszcze przez chwilę na grupę Ślizgonów, dokładnie widział unoszenie się klatki piersiowej sapiącego Goyle’a i wciąż przeczesującą Malfoy’owi włosy Pansy, której oczy błyszczały, kiedy patrzyła na jego twarz.
Jednak kiedy Harry doszedł do wniosku, że nic ciekawego się już nie wydarzy i zasunięcie zasłony było jedynie swego rodzaju tradycją, coś do niego dotarło. Nie było to nic szczególnego, w zasadzie przecież nic się nie zmieniło. A jednak, coś tu nie pasowało.
Przymrużył oczy w skupieniu, lustrując każdą widoczną przez szparę sylwetkę. I wtedy to zauważył.
Ślizgoni rozluźnili się.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że do tej pory cały czas byli spięci, wyprostowani i pełni pogardliwej godności. Teraz jednak, kiedy myśleli, że nikt już nie może ich dostrzec, zwyczajnie przygarbili się.
Chociaż… Przygarbili zdecydowanie nie było tu najlepszym określeniem, za mocnym. Bo przecież nie garbili się. Jedynie ich ramiona jakby… Przestały utrzymywać tą posągową, kamienną sylwetkę. Nawet Malfoy, który przez cały czas leżał, utrzymywał swego rodzaju pozę.
Harry złapał się na tym, że patrzy na tę scenę szeroko otwartymi oczyma i z uchylonymi ustami. Natychmiast się opanował.
Każdy zemdlałby, widząc Ślizgonów w takim stanie. Nadchodzi koniec świata.
I mimo, że próbował powstrzymać następną myśl, nie udało mu się. Ciekawe, czy tak by to wyglądało, gdyby pierwotnie trafił do Slytherinu.


- Co tak długo, Harry? – powitał go łagodny głos Hermiony, która do tej pory była pogrążona w głębokiej dyskusji z Ronem na temat szkolnej biblioteki, próbując go przekonać do jej funkcji nie tyle naukowej, ale również rekreacyjnej.
- Ktoś przede mną zajął toaletę – odparł, ale nikt go już nie słuchał. Przez chwilę czuł dziwną irytację. Po co pytać, skoro nie oczekuje się odpowiedzi? Zaraz jednak o tym wszystkim zapomniał.
Resztę podróży spędził wtrącając od czasu do czasu jakieś monosylaby do wypowiedzi Neville’a, na znak, że wciąż go słucha; jego myśli jednak krążyły kilkanaście przedziałów stąd.


Ceremonia Przydziału przebiegła bez zakłóceń. Aż siedemnastu nowych Gryfonów. Każde następne pokolenie było coraz bardziej odważne i lekkomyślne, jak trafnie podsumował to Ron; jego słowa nie zostały jednak wzięte przez nikogo na poważnie ze względu na sytuację, w jakiej zostały wypowiedziane. Nie wysilił się nawet na tyle, żeby wyczyścić tłustą plamę z kurczaka powstałą na jego szacie.
- Jedna w tę, czy we w tę, co za różnica? – wzruszył tylko ramionami.
Od początku Ceremonii, Harry uważnie przyglądał się stołowi Slytherinu nad głowami i w przerwach między uczniami zajmującymi miejsca przy stole Ravenclawu i Hufflepuffu. Nie potrafił jednak dostrzec nic, co mogłoby wzbudzić jakieś dziwne podejrzenia. Poza tym, że sylwetki Ślizgonów były nienagannie wyprostowane i – zgodnie z obserwacją Harry’ego – nikt nie ośmielił się choćby lekko przygrabić czy oprzeć ręki o stół.
Czemu to robili?
Przyjrzał się dokładniej nowym nabytkom Domu Węża. Było ich zaledwie siedmioro. Cóż to jest w porównaniu z ogromem Lwów? Coś jednak w ich postawach sugerowało, aby trzymać się od nich z daleka. Nawet tutaj Harry wyczuwał ten emanujący od nich chłód. Zorientował się również, że słyszy przecież głośne i beztroskie rozmowy Puchonów, pełne inteligentnej wyższości wykłady Krukonów, ale żadnego nadmiernego podniecenia czy entuzjazmu ze strony Węży. Widział przecież, że ich usta poruszają się, a ich twarze są jak najbardziej żywe. Nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że cały czas jest w nich coś odstręczającego, trzymającego na dystans i niedostępnego. Porozumiewali się półuśmieszkami, grymasami drwiny i zimnym, szyderczym śmiechem zabarwionym nutą charakterystycznej dla nich ironii. Jak oni się znosili? Gdyby tylko którykolwiek z Gryfonów zrobił taką minę do swojego przyjaciela bądź znajomego, zostałby uznany za kompletnego gbura i dokładnie poinformowany, jakie krążą o nim wieści. A trwałoby to tak długo, aż osobnik by się nie zmienił. Tam jednak było coś takiego, co… mimo tej całej osłony, którą od wszystkich się odgradzali, pozwalało im mówić sobie rzeczy takie, które nawet najmniej Gryfońskiemu Lwowi do głowy by nie przyszły.
Były to jedynie czyste fantazje, Harry nie miał przecież żadnych faktów, na których mógłby opierać swoje założenia. Prawdopodobnie wyolbrzymiona w jego oczach idylla, do której cały czas poszukiwał drogi. Kiedy jednak żadnej nie znalazł, zaczął się zastanawiać nad całkowicie odmiennymi środkami. Może rzeczywiście za tymi pełnymi arystokratycznej pogardy twarzami kryło się coś, co chociażby tworzyło pozory zażyłości, już nawet nie przyjaźni.
Zaraz jednak doszedł do wniosku, że osoby, które trafiają do tamtego domu to zwyczajne szumowiny. Bez żadnego drugiego dna. Z takimi przodkami po prostu nie mogli być inni. Zwłaszcza ci, których rodzice poprzysięgli służbę Voldemortowi. Zwłaszcza ci.
Och, jak on go nienawidził.


Cały czas jednak myśl ta nie dawała mu spokoju, zwyczajnie nie potrafił się jej pozbyć. Odkąd po raz pierwszy zawitała do jego umysłu, zakotwiczyła się chyba na dobre. Tak silnie pragnął czegoś innego, czegoś lepszego, nowego, że wmawiał sobie nawet najbardziej nieprawdopodobne teorie. Właśnie takie, jak ta o podwójnych Ślizgonach. Każdy wiedział, że Ślizgoni to dwulicowe żmije, ale Harry desperacko próbował sobie wmówić, że ta druga strona rzeczywiście coś sobą reprezentuje. Czy naprawdę był aż tak zdesperowany w poszukiwaniach drugiej strony lustra?
- Harry, czy coś się stało?
Łagodny, uspokajający głos Hermiony. Lekka obawa. Zawsze to samo. Po tylu latach chciał, aby choćby jedna mała rzecz się zmieniła. Ale nie. Voldemort nadal siał spustoszenie, jego przyjaciele uważali, że wszystko jest okej, a Dumbledore cały czas tylu rzeczy mu nie wyjaśnił. Jakby wciąż był małym, wystraszonym dzieckiem.
Pokręcił głową i posłał jej mało przekonujący uśmiech z przeciwnej strony stołu. Dziewczyna tylko obdarzyła go spojrzeniem pełnym matczynej troski i wróciła do jedzenia, wciąż jednak spoglądając na niego od czasu do czasu.


Po skończonej uczcie, Hermiona i Ron zniknęli, aby zająć się pierwszakami. Proponowali, aby Harry poszedł z nimi, ale odparł, że jeszcze chwilę tutaj posiedzi. Udał, że nie zauważył wymiany spojrzeń między przyjaciółmi. Uciekając wzrokiem dostrzegł, że od stołu Slytherinu podniosło się zaledwie parę osób; reszta siedziała niezmiennie. Coś do siebie mówili, uśmiechali się ironicznie i wymieniali porozumiewawczymi spojrzeniami. Wciąż jednak nikt nie pozwolił poznać po sobie choćby najmniejszej oznaki zmęczenia, przejedzenia czy ospałości.
Harry przeszukał szybko wzrokiem cały stół i gdzieś w połowie odnalazł grupę znajomych twarzy. Zauważył od razu, że Malfoy i ta nieznana mu wcześniej dziewczyna zażarcie o czymś dyskutują, a reszta stara się dyskretnie ich uspokoić. Harry był świadkiem, jak obydwie blond czupryny odwracają się w ich stronę jednocześnie, a ich właściciele mówią coś. Po ruchu warg Potter odszyfrował słowo ,,nie’’. A potem znów wrócili do ostrej wymiany zdań.
To było niesamowite; obserwować, jak na białe policzki zniewieściałego Ślizgona wstępuje lekki róż, sugerujący powagę omawianej sprawy. Co takiego doprowadziło Malfoy’a do aż takiego stanu?
Odkąd Harry pamiętał, chyba jeszcze nigdy nie widział go zarumienionego. Chociaż… Nie. Zazwyczaj po bardzo męczącym meczu quidditcha był w takim stanie. Albo zaraz po kłótni z nim. Właśnie… Tylko ledwie widoczny róż, podczas gdy on, Harry, był czerwony jak dojrzały pomidor niemal od stóp do głów i ociekał potem. Zaklął pod nosem jak najciszej mógł, aby nikt nie usłyszał. Bo przecież jak to? Ten biedny, mały Harry? Przeklinać? Koniec świata.
Uśmiechnął się delikatnie, kiedy zobaczył jak Malfoy unosi rękę i wymachuje wyciągniętym palcem przed nosem dziewczyny, która zdawała się nawet tego nie zauważać, zbyt pochłonięta przekonywaniem go do czegoś. To było takie zwyczajne, naturalne, zupełnie niepodobne do arystokratycznego Ślizgona, żeby aż tak się odsłaniać.
Ciekawe, o czym rozmawiali.
Chwilę później, kiedy znaczenie tej myśli całkowicie dotarło do jego świadomości, zamarł. Od kiedy to interesowały go takie rzeczy? Miał Ślizgonów głęboko w nosie; poza tymi nielicznymi chwilami, kiedy wściekał się na Malfoy’a za jego bezczelność i arogancję.
A teraz… Chyba jednak miało to pewne powiązania z jego dążeniem do innego świata. Tak, na pewno. To musiało być to. Nie było innego wyjścia.
Przecież gdzieś musi być jakaś idylla, prawda?
Ale u Ślizgonów?



komentarze? | komentarze [1] | 1








Szablon wykonany przeze mnie dla mnie. Precz, bo zavaduję!




spis treści | księga | dodaj